Syryjski konflikt - amerykańskie dylematy

Rządy i wywiady kolejnych państw dysponują wiarygodnymi informacjami na temat użycia broni chemicznej w Syrii. Wśród nich jest również amerykańska administracja. Barack Obama twierdził wcześniej, że Waszyngton nie zignoruje tego typu sytuacji. Prezydent podkreślił, iż spowoduje ona „zmianę zasad gry.” Do tej pory USA pozostawały dość bierne w stosunku do syryjskiego konfliktu. Teraz rozważają zwiększenie wsparcia dla rebeliantów. Wciąż nie wiadomo jednak na jakiego rodzaju pomoc mogą liczyć siły walczące z reżimem Baszara el - Assada.

Powściągliwa postawa administracji Obamy nie zaskakuje. Każdy polityk, tworząc politykę zagraniczną, bierze pod uwagę sytuację wewnętrzną w państwie i stanowisko swoich obywateli. Amerykanie są sceptyczni wobec zaangażowania Stanów Zjednoczonych w zagraniczne konflikty. Za oceanem wszyscy dobrze pamiętają poczynania prezydenta George W. Busha na arenie międzynarodowej. Republikanin uwikłał kraj w kosztowne wojny w Afganistanie i Iraku. Konflikty kosztowały podatników setki miliardy dolarów. Pochłonęły życia wielu żołnierzy. Lawinę krytyki wywołała zwłaszcza interwencja na Bliskim Wschodzie. Okazało się bowiem, że Saddam Husjan, wbrew zapewnieniom ówczesnej administracji USA, wcale nie posiadał broni atomowej. Zarzut ten był oficjalnym powodem amerykańskiej interwencji.



Barack Obama, mówiąc o Syrii, w pośredni sposób nawiązuje do irackich doświadczeń. Prezydent stwierdził, że jeśli ma podejmować decyzje, wpływające na bezpieczeństwo Stanów Zjednoczonych musi poczekać, aż uzyska bardziej precyzyjne informacje. Demokrata daje do zrozumienia, że w przeciwieństwie do swojego poprzednika nie będzie podejmował pochopnych działań.

Prezydent, decydując się na jakiekolwiek kroki w sprawie Syrii, musi pamiętać, że obywatele nie chcą, aby ich kraj nadal pełnił rolę żandarma świata. Według ostatnich badań opinii publicznej na zlecenie „New York Times” oraz „CBS News” 62 proc. Amerykanów twierdzi, że Stany Zjednoczone nie mają obowiązku podejmowania działań w sprawie syryjskiej wojny domowej.

Jednak z drugiej strony groźby bez pokrycia w ustach przywódcy największego mocarstwa na świecie podważają jego wiarygodność. Barack Obama podkreślał, że reżim Assada, używając broni chemicznej, „przekroczy czerwoną linię”. Ponadto o większe zaangażowanie w rozwiązanie kryzysu apelują amerykańscy sojusznicy na Bliskim Wschodzie z Arabią Saudyjską, Izraelem oraz Turcją na czele. Podjęcia bardziej zdecydowanych kroków chce także Europa. Francja i Wielka Brytania same chcą dostarczać broń rebeliantom. Na przeszkodzie stoi jedynie embargo nałożone na Syrię przez Unię Europejską.

Media za oceanem, powołując się na swoje źródła w Pentagonie twierdzą, że Waszyngton rozważa zwiększenie pomocy dla rebeliantów, która może polegać również na dostawach broni. Już dziś przy amerykańskim wsparciu przeciwników Assada dozbrajają Arabia Saudyjska i Katar. Stany Zjednoczone chcą jednak bardziej bezpośrednio włączyć się w obalanie dyktatora. Tu pojawiają się dodatkowe problemy.

Liderzy opozycji apelowali o dostarczenie broni przeciwlotniczej i przeciwpancernej. Waszyngton wciąż boi się przerzucić do Syrii tego typu uzbrojenie. Przeciwko reżimowi występują bardzo zróżnicowane ugrupowania. Wśród nich znajdują się również terroryści. Amerykańska administracja zdaje sobie sprawę z zagrożenia, jakie niesie z sobą przejęcie ich dostaw przez skrajnych bojowników.
Trwa ładowanie komentarzy...