Samo NRA przedstawia się jako obrońca amerykańskiej konstytucji. Druga poprawka do ustawy zasadniczej stanowi, że „nie wolno ograniczać praw ludu do posiadania i noszenia broni, gdyż bezpieczeństwo wolnego stanu wymaga dobrze wyszkolonej milicji”. W pierwszych latach istnienia Stanów Zjednoczonych kształtujące się dopiero państwo nie posiadało armii. Strzec miała go zatem milicja złożona z uzbrojonych obywateli. Zapis ten jest więc anachronizmem. Umieszczono go jednak w jednej z pierwszych dziesięciu poprawek do amerykańskiej konstytucji zwanych Kartą Praw (Bill of Rights), w których znajdują się prawa przysługujące każdemu Amerykaninowi. Zakaz ograniczania dostępu do broni został w ten sposób zrównany z tak partykularnymi swobodami jak wolność słowa, wyznania, czy zapewnienie każdemu sprawiedliwego procesu sądowego.
NRA wykorzystuje konstytucyjny zapis do dbania o interesy producentów uzbrojenia, którzy paradoksalnie są największymi beneficjentami całego zamieszania. Głoszone przez Baracka Obamę zapowiedzi zaostrzenia przepisów zwiększyły ich przychody. Amerykanie tłumnie ruszyli do sklepów, aby nabyć karabiny półautomatyczne oraz broń wyposażoną w duże magazynki, które miały zostać wycofane z obrotu.
Ostatnie głosowanie w senacie po raz kolejny pokazało jak wielkimi wpływami w Waszyngtonie cieszy się NRA. Ciekawe, czy kongresmani ulegną presji również w trakcie zatwierdzania uchwalonego niedawno przez Zgromadzenie Ogólne ONZ traktatu o handlu bronią. Aby Stany Zjednoczone mogły związać się tego typu dokumentem, potrzebna jest zgodna Senatu. Choć umowa dotyczy obrotu na świecie i nie wpływa bezpośrednio na prawo wewnętrzne państw, NRA obawia się, że będzie to niebezpieczny z punktu widzenia tej organizacji precedens. Strzelcy wychodzą prostego założenia – im mniej regulacji w kwestii handlu bronią, tym lepiej.
USA jest największym eksporterem uzbrojenia. Ewentualna decyzja senatorów o odrzuceniu traktatu podałaby w wątpliwość sens jego funkcjonowania.
