Mimo to w razie konfliktu oddziały i rakiety z Pjongjangu zdążyłyby z pewnością zrównać z ziemią znajdujący się zaledwie kilkadziesiąt kilometrów od granicy Seul. Zniszczenie stolicy wroga byłoby jednak pyrrusowym zwycięstwem. Koreańczycy z południa zostaliby szybko wsparci przez siły amerykańskie, które przesądziłyby o porażce armii Kim Dzong Una. Oznaczałoby to kres jego rządów. A przecież każdemu dyktatorowi najbardziej zależy na utrzymaniu władzy.
Zatem wojna nie leży w interesie młodego przywódcy. Oczywiście nie oznacza to, że jest ona zupełnie nierealna. W sytuacji tak silnych napięć wystarczy błąd ludzki, jedna rakieta, która zostanie przypadkiem wystrzelona przez przestarzałe systemy północnokoreańskie, aby wywołać zdecydowaną odpowiedź Koreańczyków z południa oraz ich amerykańskich sojuszników.
Nie jest to jednak bynajmniej scenariusz o jakim marzy Pjongjang. Co zatem pcha Kim Dzong Una do nakręcania spirali strachu? Dyktator dąży zapewne do wzmocnienia swojej pozycji przed ewentualnymi negocjacjami z Zachodem, które dotyczyłyby na przykład pomocy humanitarnej dla nękanych głodem obywateli totalitarnego państwa. Ostra retoryka przywódcy może być również podyktowana polityką wewnętrzną. Nie mający jeszcze trzydziestu lat przywódca rządzi zaledwie od 2011 roku. Kiedy obejmował władzę po swoim zmarłym ojcu zastanawiano się, czy młody, niedoświadczony następca nie stanie się marionetką w rękach generałów lub starszych członków rodziny Kimów, którzy zdążyli dokładnie poznać mechanizmy walki politycznej w państwie. Możliwe, że bezkompromisowe działania na arenie międzynarodowej mają przełożyć się na umocnienie pozycji dyktatora na krajowych podwórku. Są to jednak jedynie spekulacje. Co dokładnie dzieje się wewnątrz odgrodzonej od świata Korei Północnej? Na to pytanie trudno precyzyjnie odpowiedzieć.
