Prawa nielegalnych imigrantów kluczem do latynoamerykańskich serc

W Stanach Zjednoczonych nie da się wygrać dziś wyborów prezydenckich bez głosów mniejszości latynoamerykańskiej. Zaczynają to rozumieć przedstawiciele Partii Republikańskiej. Część z nich już zapowiada zmianę swojej dotychczasowej polityki. Przede wszystkim w kwestii imigracji.

W liczącym nieco ponad 315 milionów obywateli państwie żyje więcej niż 50 milionów Latynosów. Osób o latynoamerykańskich korzeniach w USA wciąż przybywa.



Wraz z liczebnością rośnie również znaczenie polityczne latynoskiej mniejszości. Ich głosy są dziś dla amerykańskich polityków bezcenne. Pokazały to choćby ubiegłoroczne wybory prezydenckie. Aż 71 proc. osób pochodzących z Ameryki Łacińskiej oddało swój głos na Baracka Obamę, co miało ogromny wpływ na jego sukces.

Jedną z kwestii, która zachęciła Latynosów do wsparcia demokraty była jego polityka wobec imigrantów. Obama zatwierdził wcześniej ustawę, chroniącą przed deportacją nielegalnych przybyszów, którzy nie ukończyli 30 roku życia. Daje im to szansę na zdobycie w Stanach Zjednoczonych wykształcenia i pracy.

Do tej pory republikanie przedstawiali zupełnie odmienne podejście do osób, które nielegalnie przekroczyły granicę. Konserwatyści twierdzili, że człowiek, który „na czarno” dostał się do Stanów Zjednoczonych nie powinien być nagradzany prawem do pobytu na terenie państwa.

W Partii Republikańskiej od czasu ostatnich wyborów prezydenckich trwa debata na temat przyszłości ugrupowania. Politycy zastanawiają się, jak pozyskać nowych wyborców, także tych o latynoamerykańskim rodowodzie. Pojawiają się głosy, wzywające do zmian. Również w podejściu do problemu nielegalnych imigrantów.

Wagę tej kwestii docenia między innymi wschodząca gwiazda Partii Republikańskiej Rand Paul. Młody polityk znany jest ze swych libertariańskich poglądów, odziedziczonych w dużej mierze po ojcu Ronie Paulu. Cieszy się poparciem skrajnie konserwatywnego skrzydła republikanów, zwanego Tea Party. Młody senator ze stanu Kentucky oznajmił w minionych dniach, że jego partyjni koledzy powinni zredefiniować swoje podejście do problemu nielegalnych imigrantów. W swoim przemówieniu nie zaproponował co prawda nadania takim osobom obywatelstwa. Stwierdził natomiast, że możliwe jest rozwiązanie pośrednie między deportacją i przyznaniem pełnych praw. Zdaniem Randa Paula jest nim legalizacja obecności na terenie Stanów Zjednoczonych na czas próbny.

W przypadku wystąpienia republikańskiego senatora z Kentucky istotne były nie tylko jego słowa, lecz również miejsce, w którym je wypowiedział. O swoich poglądach na temat sytuacji nielegalnych imigrantów opowiadał w trakcie przemówienia przed Amerykańską Latynoamerykańską Izbą Handlową.

Pomysłem na zdobycie serc obywateli Stanów Zjednoczonych, pochodzących z Ameryki Łacińskiej, może być również promowanie charyzmatycznych, dynamicznych republikanów o latynoamerykańskich korzeniach.

Za osobę spełniającą te wszystkie warunki uważany był do niedawna senator z Florydy Marco Rubio. Potomek kubańskich imigrantów zaliczył jednak widowiskową wpadkę podczas jednego z najważniejszych przemówień w swoim życiu. W imieniu Partii Republikańskiej, na antenie stacji telewizyjnej Fox News, odpowiadał na orędzie o stanie państwa, wygłoszone przez Baracka Obamę. Chociaż treść wystąpienia republikanina była interesująca, sam Rubio wyglądał na zestresowanego, jego gesty były chwilami chaotyczne, nerwowe. Momentem kulminacyjnym, który pokazał brak pewności siebie senatora, było słynne już picie wody mineralnej, w trakcie którego, w groteskowy sposób walczył on o utrzymanie kontaktu wzrokowego z kamerą. Rubio całą sytuację sprytnie obrócił później w żart. Jednak przez kolegów z partii i wyborców został zapamiętany jako polityk, który niezbyt dobrze radzi sobie ze stresem.

Póki co republikanom pozostaje zatem walka na polu przepisów migracyjnych.
Trwa ładowanie komentarzy...